Świat według Jerzego Tyburskiego / 2012

Przyglądam się działalności artystycznej Jerzego Tyburskiego (rocznik 1964) już od dobrych kilku lat, i z miłym zaskoczeniem stwierdzam, że ten skromny, dobrze wychowany twórca, o nieco szelmowskim uśmiechu i wyrafinowanym poczuciu humoru, funkcjonuje na krajowym rynku sztuki coraz lepiej. Ba, wydaje mi się się wręcz, że jego pozycja jest na nim coraz mocniejsza, mimo, że proponowane przez niego środki wypowiedzi plastycznej nie mają przecież nic wspólnego z modnymi, obowiązującymi współcześnie w malarstwie polskim trendami i nurtami. Zwłaszcza, że jego bajecznie kolorowe, refleksyjne, pełne zadumy i ukrytej treści obrazy, trudno uznać za skrajnie awangardowe. Mimo to, malarstwo tego związanego z Zamościem - choć urodzonego w Lubaczowie - artysty funkcjonuje jakby na przekór otaczającej go rzeczywistości.

I mimo, że nie interesują go eksperymenty formalne, to co proponuje krytykom i widzom sal wystawowych, zarówno na miejscu w bliskim mu mieście, zaprojektowanym z niespotykanym wcześniej rozmachem i harmonią przez Bernarda Morando, jak i w prestiżowych galeriach w najważniejszych ośrodkach życia artystycznego w kraju, jest zdecydowanie uniwersalne, do zaakceptowania zarówno przez wymagających krytyków jak i coraz bardziej wyrobioną publiczność.

Bohater niniejszego eseju to osobliwy outsider, którego wyróżnia (z licznego i różnorodnego grona artystów tworzących nie tylko na obszarze historycznej Lubelszczyzny) specyficzny szacunek do tradycji, zwłaszcza do szczególnie mu bliskiej tradycji malarstwa późnego gotyku, do doświadczeń i osiągnięć małych mistrzów renesansu północnoeuropejskiego, do nowożytnej erotyki i rozkoszy, czy wreszcie do symboliki i atmosfery rodem z modernistycznego fin de sieclu. W niemal każdej kompozycji Jerzego Tyburskiego można doszukać się określonych inspiracji zaczerpniętych z wielowiekowej historii malarstwa europejskiego. Ale nie jest to - jakby ktoś sądził- dosłowne powtarzanie określonych wątków i motywów, lub też ich dosyć powierzchowne przetwarzanie w celu powtórnego wykorzystania. To przede wszystkim pełna wyszukanej elegancji gra, żonglerka powszechnie znanymi znakami, gestami, układami form, a nawet zestawami określonych kolorów, którym artysta nadaje zupełnie nowy sens i przesłanie, tworząc tym samym całkowicie odrębną, plastyczną wizję świata najwyższych wartości duchowych i moralnych, świata o którym coraz częściej niestety zapominamy, który bezpowrotnie znika z naszej coraz bardziej stechnicyzowanej świadomości.

Jerzy Tyburski, wyjątkowo uzdolniony absolwent Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych w Zamościu oraz historyk sztuki po studiach w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, potrafi korzystać - i korzysta chętnie - zarówno ze swojej wrodzonej wrażliwości plastycznej, jak i rozległej wiedzy teoretycznej i praktycznej, nabytej podczas wielu lat nauki, uzupełnionej na koniec dwuletnim stażem zawodowym w pracowniach "kolorysty" Mariana Stelmasika i "surrealisty" Jacka Wojciechowskiego na Wydziale Artystycznym UMCS.

W efekcie, wszechstronnie wyedukowany artysta, bardzo szybko wypracował zestaw własnych środków wyrazu, które wyróżniają go z grona innych twórców i pozwalają mu na tworzenie - sukcesywnie, rok po roku - kolejnych kompozycji, utrzymanych w stylistyce typowej wyłącznie dla niego.

Podstawowym wyznacznikiem obrazów malowanych przez artystę jest przede wszystkim subtelna, delikatna gama kolorystyczna i towarzyszące jej świadomie, nadmiernie wydłużone, niekiedy wręcz przeraźliwie chude, o programowo zdeformowanych twarzach, zbyt dużych oczach, przerysowanych ustach, postaci samotnych, starannie wyizolowanych z otoczenia ludzi, zwierząt (zwłaszcza kotów i uczłowieczonych psów), a nawet zwykłych, prostych martwych natur, utrzymanych najczęściej w konwencji czytelnej groteski, czy też commedia dell'arte. Obrazy artysty przyciągają wzrok nie tylko wysublimowanymi, ale również coraz częściej ekspresyjnymi zestawami kolorów, które ułatwiają ich percepcję, podpowiadają dalszy ciąg. Podobnie bowiem jak - pobudzające jego wyobraźnię - późnogotyckie tryptyki lub epitafia, otwierają przed oglądającymi je widzami, ukryte pod zdecydowanie realistyczną warstwą malarską poszczególnych tablic, mniej lub bardziej rozbudowaną treść, nierzadko o czytelnym podtekście religijnym czy przesłaniu o charakterze moralizatorskim.

Jak się wydaje, głównym źródłem inspiracji dla Jerzego Tyburskiego jest z jednej strony obserwacja otaczającej go natury, ciągle zmieniającej się rzeczywistości w której przyszło mu żyć, a z drugiej lektura ciekawych książek (historycznych i biograficznych), czy wreszcie oglądanie reprodukcji wybranych obrazów w albumach, pozwalających na tworzenie interesujących pastiszy. Równie chętnie artysta ulega jednak emocjom dnia codziennego, niekiedy są nimi pozornie zwykłe,zwłaszcza dla innych ludzi, informacje podawane w radio i telewizji. Jerzy Tyburski, reaguje na nie w charakterystyczny dla siebie sposób, nie słowem czy gestem, lecz zamknięciem w zaciszu własnej pracowni zlokalizowanej na poddaszu jednej z kamienic przy Rynku Wielkim. W tym momencie rozpoczyna się rodzaj tajemniczego misterium, w trakcie którego nikt nie ma dostępu do niego, a praca nad kolejnym obrazem, staje się plastycznym zapisem stanu ducha artysty w danym momencie. Bez nadmiernego pośpiechu, metodycznie, na bazie wcześniej przygotowanych szkiców czarnym tuszem, flamastrem, kredką, a także ołówkiem - które nie są już wyłącznie wprowadzeniem do przyszłego obrazu olejnego, lecz coraz częściej potrafią żyć własnym, samodzielnym życiem artystycznym - ufając swojej pamięci wzrokowej i wrażliwości na ulotne piękno, zarówno to zaobserwowane w świecie natury jak i zarejestrowane w pamięci po obejrzeniu kolejnych zbiorów muzealnych, lub po kontakcie z malarstwem jeszcze jednego ulubionego geniusza pędzla (a może być nim zarówno plebejski w wyrazie Dirk Bouts, charyzmatyczny i natchniony Roger van der Weyden czy chociażby absolutnie mistrzowski i doskonały Jan van Eyck), kreuje świat wykoncypowany na pograniczu jawy i snu. W pachnącej drzewem oraz farbami i terpentyną pracowni, na próżno jednak szukać modeli, rekwizytów, do jego bardzo poetyckich i baśniowych obrazów. Wszystko co Jerzy Tyburski wyczarowuje przy pomocy pędzla i farb olejnych na płaszczyźnie swoich płócien, rodzi się bowiem - od początku do końca - w jego chłonnej na impulsy zewnętrzne psychice.

Odnoszę wrażenie, że obrazy artysty sprzed kilku lat były bardziej delikatne i mniej nastawione na przekazywanie ukrytej, trudnej do jednoznacznego zdefiniowania treści. Artystę zdawał się satysfakcjonować sukces jakim było wypracowanie własnego, rozpoznawalnego i zaakceptowanego przez krytyków i widzów stylu, co gwarantowało sprzedaż obrazów, a tym samym zapewniało niezależność finansową oraz umożliwiało realizację własnych, ambitnych planów artystycznych. Dlatego częściej - niż obecnie - można było zobaczyć w jego dorobku martwe natury (m.in. Pomarańczowego bohatera, z 2001 roku; Martwą naturę z wanną i Łososiowy deser, obie kompozycje z 2003 roku; Martwą naturę z koniem na biegunach i Martwą naturę z jabłkami, z 2004 roku czy wreszcie Martwą naturę z tarką, z 2005 roku), komponowane w ten sam sposób.

Na pierwszym planie jeden, dwa, ukazane en face w całej okazałości przedmioty, ze skłonnością do nadmiernego wydłużania ich proporcji (np. w przypadku krzeseł czy stolików zaopatrzonych w szczudłowate, rozchodzące się nóżki, czyniące z nich niemalże żywe, kroczące nerwowo organizmy o rodowodzie organicznym), bardziej narysowane niż namalowane, podczas gdy plan drugi tworzyło z reguły płasko zamalowane tło, choć nie gładkie, z zachowaniem wyraźnej, mocno zróżnicowanej faktury, która odgrywała bardzo ważną rolę w budowaniu nastroju, klimatu obrazu. Osobliwa gra, zdecydowanie kaligraficznego planu pierwszego, z bardzo malarskim tłem, dawała bardzo miłe dla oka efekty powodując, że wielu z nas chciało mieć te obrazy w domu, zawieszone na tle nieskazitelnie białej ściany.

Druga połowa lat pierwszej dekady XXI wieku przynosi - jak mi się wydaje - istotne wzbogacenie formy oraz rozbudowanie treści w malarstwie Jerzego Tyburskiego. Co prawda artysta w dalszym ciągu najchętniej rozpoczyna swoja opowieść - bo teraz są to już opowieści lub przypowieści, z morałem - od zakomponowania planu pierwszego. Tak jak wcześniej jest on bardzo skromny pod względem ilości elementów tworzących jego warstwę anegdotyczną, ale tym co decyduje o jego charakterze jest teraz nie przedmiot martwy lecz przede wszystkim postać ludzka, uwikłana w różne koleje życia, zarówno własnego, jak i całej ludzkości. Raz będzie to zamyślona, wąchająca pulsujący czerwienią bukiecik drobnych kwiatów święta (zakonnica, pustelniczka, a może świniarka?), wychodząca ze swojej samotni kurnej, rozpadającej się drewnianej chatki o fantazyjnie krzywej bryle, przed którą biegnie chrumkająca radośnie świnka (Świniarki koło Kaczórek, 2008); innym razem rozpaczliwie nadzy i wychudzeni, całkowicie pozbawieni seksapilu Adam i Ewa, pod rozłożystą jabłonią (Adam i Ewa, 2007), czy wreszcie najbardziej przejmujące Macierzyństwo (z 2008 roku), gdzie na usłanej różami łące siedzi w purpurowej szacie, pełna majestatu Matka Boska z anorektycznym Dzieciątkiem Jezus na kolanach, które zamiast z pokorą wskazywać - zgodnie ze średniowieczną ikonografią - na symbole swojej przyszłej męki (nieproporcjonalnie duży dzban z dostawioną doń drabiną, zapewne wypełniony winem), wyciąga radośnie rachityczną rączkę w stronę prostego wiatraczka na patyczku, opartego o blaszany cebrzyk do kąpieli. Rozbudowane formalnie tło, z odległą linią horyzontu, tajemniczymi zamkami w oddali, "klasyczna" łączka z różnego typu roślinnością, zarówno za plecami Matki Boskiej, jak i u jej stóp, czynią z obrazu nie tylko kompozycję intrygującą pod względem czysto malarskim (po prostu jest on dobrze zakomponowany i co najważniejsze z dużym wyczuciem namalowany), ale ciekawą także ze względu na chęć artysty w dzieleniu się z widzami swoimi rozterkami i wątpliwościami.

Tak więc malarstwo Jerzego Tyburskiego wyraźnie ewoluuje w czasie. To już nie jest ten sam pogodny i pełen bezgranicznej miłości do bliźniego artysta sprzed dziesięciu i więcej lat, lecz natchniony demiurg, który dostrzegając czające się wokół niego głupotę, bezduszność, ale także zło i cierpienie, stara się przekazać nam wszystkim, wraz z interesującą - mimo wszystko bardzo poetycką w charakterze - warstwą malarską swych obrazów, bliskie mu wartości duchowe i czytelne przesłanie: świat jest zbyt piękny by go stracić, uczmy się więc w nim żyć i kochać innych, tak jak to uczynił w swoim czasie św. Franciszek, karmiąc i rozmawiając ze zwykłymi ptaszkami.


Lechosław Lameński / wstęp do katalogu "Wenus z głową w chmurach"


powrót